hen do krakow

Szczebrzeszyński na hen party

Życie studenckie obfituje w nowe znajomości. To właśnie wtedy najczęściej poznajemy osoby z różnych zakątków kraju, a często i ze świata. Czasami studenci decydują się na tzw. wymianę i kontynuują edukację za granicą.

Zdarza się, że obcokrajowcy przyjeżdżają kształcić do Polski, szczególnie do cieszących się renomą ośrodków, jak Kraków czy Warszawa. Nieistotne, gdzie się spotkamy, ważne aby nawiązać pozytywne relacje, a to z racji kontaktu utrudnionego przez rozmowę w różnych językach, nie zawsze przychodzi z łatwością.

Jeśli masz styczność z obcokrajowcami, to wiesz, jak trudno im używać języka polskiego, uznawanego na świecie za nieprzystępny. Tu przypominają mi się moje lata studenckie. Nazwisko Szczebrzeszyński sprawiało, że każda próba zwrócenia się mianem rodowym do rzeczonego kolegi kończyła się pluciem po brodzie, najczęściej u studiujących z nami obcokrajowców. Wśród tych fantastycznych osób był Szwed, Erik. Słyszałem kiedyś, jak zamawia obiad w restauracji. Zaproponowano mu smaczne drugie danie, więc mój kumpel potwierdził „Super!” – wymawiając to „supa”. Zmartwiony kelner stwierdził: „Przykro mi, ale zupa się skończyła….” Przyjaciel Erika z kolei został bohaterem innej anegdoty. Kiedyś po spożyciu napoju procentowego na ulicy wykrzykiwał – „Hen do krakow!”. Długo nie mogliśmy zrozumieć, co twórca miał na myśli. Okazało się, że zapragnął po prostu poznać jakieś sympatyczne Polki, które odwiedziłyby to piękne miasto w celach towarzyskich („hen party” to z angielska wieczór panieński). No cóż, bywa i tak…

Anegdoty związane z językowymi nieporozumieniami można mnożyć bez końca. Jeśli jesteśmy ludźmi kulturalnymi, wiemy że liczy się otwartość na inność… i poczucie humoru. Bez uśmiechu życie byłoby szare, a my nie mielibyśmy okazji przeżyć wielu wspaniałych chwil. Nie tylko na studiach.